Wycieczka do Rovaniemi to jedna z tych podróży, które rodzą się z marzenia. Tego typu marzenia pojawiają się zwykle wieczorem, kiedy dzieci już śpią, a Ty siedząc w ciszy z herbatą w ręku, na chwilę zapominasz, jak NAPRAWDĘ wyglądają zimowe wyprawy z dziećmi.
Nagle, zupełnie niespodziewanie w Twojej głowie kiełkuje myśl: „A gdyby tak…?”.
Oczyma wyobraźni widzisz już śnieżnobiałą krainę, renifery, zaprzęgi husky i świętego Mikołaja, który pyta Twoje dziecko, z jakiego kraju przyjechało. Oj… łzy wzruszenia zalewają Ci oczy. Wchodzisz na stronę biura podróży, sprawdzasz ceny grudniowego wypadu do Rovaniemi, i to właśnie ten moment, gdy magia stygnie, a do gry wchodzi bezlitosny excel.
A Excel – jak widać – nie znosi Laponii.
Bo o ile serce krzyczy „jedźmy do Mikołaja!”, o tyle rozsądek bardzo szybko zadaje jedno, bezlitosne pytanie:
„WTF?! 12–14 tysięcy złotych za jeden dzień?!”
I to zwykle jest moment, w którym marzenia się kończą. Zamykasz przeglądarkę, odstawiasz herbatę i wracasz do rzeczywistości.
Tyle że tym razem… nie zamknęliśmy Excela.

Co zamiast wyprawy all inclusive?
Zamiast pakietu all inclusive postanowiliśmy zrobić coś ryzykownego – rozłożyć podróż na czynniki pierwsze i sprawdzić, jak dostać się na biegun północny najtańszym możliwym sposobem, bez sprzedawania nerki.
I – co równie ważne – bez utraty zdrowia psychicznego.
Spoiler: da się (no… prawie).
Ale trzeba pogodzić się z tym, że to nie jest wycieczka. To jest WYPRAWA.
Plan na papierze wydawał się prosty:
jedziemy do Gdańska, lecimy samolotem do → Turku skąd pociągiem nr 1 do→ Tampere → a stąd nocnym expressem polarnym prosto do → Rovaniemi
Brzmi jak szaleństwo?
No trochę tak.
Ale też jak przygoda życia. Oczywiście tylko jeśli masz w sobie choć odrobinę ciekawości świata, dystans i poczucie humoru, które ratuje życie przy czwartej przesiadce – wtedy ta wyprawa da Ci coś, czego nie kupisz w żadnym katalogu biura podróży.
Oczywiście jeśli tylko masz świadomość, że jest to hardkorowa podróż w trybie survivalowym:
- jest zima,
- masz na sobie 5 warstw,
- pilnujesz żeby nikt nie zgubił czapki, szalika, rękawiczek,
- żeby nikt nie był głodny lub
- nie zgubił się w trasie
A wiemy, że dzieci w podróży (szczególnie, gdy każesz im siedzieć na miejscu) nagle dostają więcej energii niż husky w zaprzęgu.
Uwaga, ten wpis to opowieść. Jeśli jednak chcesz konkretów: dokładnej trasy, kosztów, noclegów i tego, ile to wszystko naprawdę nas kosztowało – to całą logistykę opisaliśmy krok po kroku tutaj:
[Jak zorganizować podróż do Rovaniemi na własną rękę + koszty]
A teraz wróćmy do naszej historii…

Północ, o której myślałam tamtego wieczoru
Jest chwilę przed 6:00, kiedy wysiadamy na dworcu w Rovaniemi. Zmęczenie jest już na takim poziomie, że ciało działa na autopilocie, choć głowa jeszcze trochę śpi.
Wycieńczeni całonocną podróżą wysiadamy na peronie. Dzieci może i są wyspane, natomiast my… no po jeśli powiem, że średnio, to nadal będzie to nadużyciem. Jednak mimo wszystko jestem wzruszona tą chwilą.
Patrzę na napis „Rovaniemi” na słupie i myślę sobie, że to było moje dziecięce, nieosiągalne wprost marzenie.
A teraz…? Właśnie przywiozłam tu swoje dzieci.
Wioska Świętego Mikołaja — magia bez udowadniania czegokolwiek
Witajcie w jednym z najbardziej komercyjnych miejsc na świecie: Santa Claus Village!
Sklepiki, pamiątki, renifery, zaprzęgi husky. Miejsce, które dorosły człowiek racjonalnie powinien wpisać na listę „nie daj się nabrać”.
A jednak.

Tu niemal mimochodem przechodzisz przez symboliczną linię koła podbiegunowego (tak, jest oznaczona, tak, wszyscy robią zdjęcia – my też).
Tu wstępujesz na pocztę, z której wysyłasz kartkę z charakterystycznym, mikołajowym stemplem, który później robi furorę u dziadków. Między budynkami znajdują się restauracje, niewielkie sklepy z pamiątkami i atrakcje, które – co zaskakujące – nie krzyczą do Ciebie neonami. Tu naprawdę z powodzeniem można spędzić dwa pełne dni i nie mieć dosyć.
Jakie atrakcje wypróbowaliśmy? Niemal wszystkie! O tym za chwilę, bo przecież to wszystko można potencjalnie zrobić gdzie indziej.
A my przyjechaliśmy tu z jednego, ważnego powodu, dla tej jednej chwili – dopóki nasze dzieci jeszcze wierzą w św. Mikołaja.
Wizyta w domu św. Mikołaja
Do domu Mikołaja nie wchodzi się z marszu – najpierw się czeka w długim korytarzu. Dzieci stoją jakby spokojniej, zatrzymane na chwilę mieszaniną ekscytacji i lekkiej niepewności. Półgłosem padają pytania „A on naprawdę tam będzie?” „A będzie mówił po polsku?!”.

Drzwi otwierają się i zamykają. Ktoś wychodzi, ktoś wchodzi. Kolejka przesuwa się powoli, a my jesteśmy coraz bliżej. I wtedy czuję takie lekkie ściśnięcie w brzuchu – zupełnie irracjonalne ale dość zabawne. Bo za chwilę wydarzy się ta jedna chwila.
Kiedy przychodzi nasza kolej, drzwi zamykają się za nami bardzo spokojnie. Mikołaj wita się po angielsku, pyta chłopców jak mają na imię i z jakiego kraju przyjechaliśmy. Przyznam, że trzęsą mi się nóżki.
Julian pyta, ile Mikołaj ma lat, a Gabryś chciał wiedzieć, czy elf, który odwiedza nas co roku, naprawdę mieszka tutaj, w wiosce Świętego Mikołaja.
Mikołaj odpowiada na każde pytanie. Bez zawahania, z pełnym przekonaniem i co najważniejsze bez mrugania cichaczem do dorosłych.
Każdy ma tu dokładnie tyle czasu, ile potrzebuje – nikt nie zerka na zegarek i nikt nikogo nie pospiesza. Rozmowa kończy się wtedy, kiedy dziecko jest gotowe.
Na koniec robią nam pamiątkowe zdjęcie, które można kupić przy wyjściu w absurdalnej cenie.
Czy je kupiłam? OCZYWIŚCIE!

UWAGA!!!
Zanim jednak ustawisz się w kolejce do domu Mikołaja, jedna bardzo ważna rzecz: w Santa Claus Village są dwa różne miejsca, w których można spotkać św. Mikołaja.
Działają tam dwie osobne firmy, z osobnymi wejściami, organizacją i co ważne, nieco innym klimatem.
Jedno miejsce jest tuż przy wejściu do wioski – my trafiliśmy właśnie tutaj – zaznaczam je na mapie.
MAPA
Drugie nazywa się red Christmas House i jest to zdecydowanie większa i bardziej magiczna opcja z wejściem z centralnego placu. Gdybym miała tą wiedzę poszlibyśmy właśnie tam, dlatego Wy wybierzcie świadomie.
Po wyjściu od Mikołaja wszyscy jesteśmy w lekkim zawieszeniu emocjonalnym. Dzieci jeszcze przetwarzają co tu się właściwie wydarzyło a dorośli udają, że mają jest pod kontrolą – a tak naprawdę są podekscytowani nawet bardziej niż maluchy.
Idziemy zatem poszaleć i rozładować to napięcie.
Tu przeczytasz o atrakcjach, które odwiedziliśmy w Santa Claus Village.
Wracaliśmy zmęczeni, troszkę zmarznięci, a dzieci jeszcze w taksówce szeptały o Mikołaju, reniferach i elfach. To właśnie w aucie dotarło do mnie, że oto wgraliśmy dzieciom jedno z tzw. „core memories”. To do tego dnia będą wracać przez wiele lat – nawet gdy ich wiara w Mikołaja odejdzie już w zapomnienie.
Podsumowanie
Jeśli zastanawiasz się, czy warto odbyć tego typu podróż do Rovaniemi, to odpowiedź brzmi: to zależy.
Zależy od tego, na jakim etapie życia jesteś.
Jeśli szukasz idealnej wycieczki, w której wszystko jest gładkie, wygodne i przewidywalne, być może Rovaniemi nie jest dla Ciebie.
Ale jeśli masz dzieci w wieku, w którym jeszcze wierzą i czujesz, że ten czas jest krótki, (choć na co dzień udajesz przed sobą, że masz go nieskończenie dużo) to właśnie teraz jest ten moment.
Rovaniemi nie daje gwarancji idealnej pogody, tanich atrakcji ani wypoczętych rodziców.

Daje za to coś znacznie rzadszego: chwilę, w której dorosły świat na moment schodzi na drugi plan, a dziecko dostaje przestrzeń, by uwierzyć w magię.
My wróciliśmy zmęczeni, trochę zmarznięci i z kontem o kilka tysięcy lżejszym niż przed wyjazdem. Ale wróciliśmy też z poczuciem, że zorganizowaliśmy tą wyprawę dokładnie wtedy, kiedy miała największy sens.
I jeśli miałabym odpowiedzieć jeszcze raz – już bez emocji – powiedziałabym tak:
Do Rovaniemi nie jedzie się po atrakcje.
Jedzie się po wspomnienia, których nie da się nadrobić później.
No i umówmy się: takich rzeczy, niestety, Excel nigdy nie potrafił policzyć 😉

