2020, you fucking bustard!

Kiedyś pisałam namiętnie pamiętniki. Pamiętam, że najlepsze teksty tworzyło się pod wpływem silnych, negatywnych emocji. No wiecie, jak chłopak mnie nie chciał, czy jak się z mamą pokłóciłam, czy pałę w szkole złapałam. Wszystkie moje dramatyczne wspomnienia przepadły w tajemniczych okolicznościach, gdy ojciec postanowił sprzedać nasze mieszkanie. Wraz z piwnicą rzecz jasna. Co się stało z moimi pamiętnikami nie wiem do dziś.

Teraz mamy Internet. Blog niech będzie więc miejscem podsumowania minionego roku. Na 90% nie znajdziecie w tym wpisie nic arcyciekawego. Tworzę go dla siebie. Bo pamięć jest bardzo ulotna. Dobrze, że jest stary, poczciwy wujek Google. On wie o mnie chyba więcej niż własny, prywatny małżonek.

Przejrzałam swoje zdjęcia. Okazuje się, że mam tak dużo wspomnień wartych zapisania, że podsumowanie muszę zrobić w 4 częściach.

No więc jedziemy z tym koksem!

STYCZEŃ w trybie slow.

Końcówka roku dawała naprawdę niezłe nadzieje. Sylwestra jakoś słabo pamiętam. Wydaje mi się, że przespałam go na najwygodniejszej kanapie świata, w mieszkaniu naszych serdecznych znajomych na starym Mokotowie.

Pogoda nas nie rozpieszczała. Gdyby nie grudniowa wizyta w górach, Julek nigdy nie zobaczyłby śniegu. Choć, nie! Przepraszam. Google podpowiada, że dokładnie 29 stycznia spadł śnieg. Przez jakieś 3 godziny okoliczne trawniki skąpane były w puszystej bieli. Udało nam się nawet zrobić jedynego w tym sezonie bałwana!

Spacerowaliśmy więc po okolicznych błotach, taplaliśmy się w kałużach i robiliśmy bitwy na patyki. To był 6 miesiąc ciąży, a ja już zaczynałam czuć, że tym razem los nie jest dla mnie tak łaskawy jak za pierwszym razem. Już nie brykałam jak młoda łania. Raczej toczyłam się powoli, niczym ciężarna słonica.

Wpadłam na pomysł, żeby powiesić tv w sypialni, mimo że wcześniej się przed tym totalnie wzbraniałam. Powiedziałam nawet koleżance „Nie wyobrażam sobie mieć tv w sypialni, to absurd. Sypialnia jest od spania a nie gapienia się w ekran”. Ciąża i perspektywa nieustającego karmienia bobasa wywróciła jednak do góry nogami mój poprzedni telewizoro-pogląd. Głupio mi było trochę. Głównie przed samą sobą. To był chyba moment, gdy postanowiłam sobie już więcej nie używać sformułowania „ja bym nigdy…”.

W styczniu jeździłam po ciucholandach w poszukiwaniu ubrań, które miały uratować nieco moje fatalne samopoczucie. Co jak co, ale ciuchexy zawsze robią dobrze na głowę. Przynajmniej na moją.

Pod koniec stycznia u Julka w żłobeczku zorganizowali bal przebierańców. Zgadnijcie kiedy zorientowałam się, że nie mamy stroju…? No tak, klasycznie dzień przed. Udało mi się na szczęście upolować w lumpie pelerynę. Korona została po pierwszych urodzinach. Takim sposobem Julian zmienił się w króla Juliana, a ja byłam nawet całkiem zadowolona z efektu mojej przygaszonej wówczas kreatywności.

O! I jeszcze pod koniec stycznia odbył się event, na który mocno czekałam. Baby Shower dla wielu mam. Tak, brzmi dziwnie, bo pomysł był mocno nietypowy. Kinga, która na co dzień organizuje zawodowo przyjęcia, wpadła na pomysł zrobienia takiego właśnie grupowego Baby Shower.

Było absolutnie fantastycznie. Był słodki stół od Urszi, warsztaty haftowania, warsztaty plecenia wianków, rozmowy z położną Kasią, występy ekspertów, czyli cała masa atrakcji, z których nie za wiele skorzystałam, bo poznałam tam tak wspaniałe dziewczyny, że nasze rozmowy nie miały końca. Buzie nam się nie zamykały, a kontakt mamy do dziś.

Ach, no i poznałam też Epickiego Maćka (swoją drogą powinieneś Maćku zmienić nazwisko właśnie na EPICKI). Maciek to zdecydowanie osoba godna uwagi. Mało jest w tym rodzicielskim świecie facetów. A już facetów tak pogodnych i zdystansowanych, to jest naprawdę niewielu. Idźcie na Jego Instagram.

Wygrałam też konkurs, na najlepsze zdjęcie (wow) i jako główną nagrodę otrzymałam Voucher na mamusiową obrączkę, wykonaną specjalnie dla mnie jako pamiątkę narodzin bobasa, czyli Inne Obrączki Mama. I powiem Wam, że ten prezent to był totalnie strzał w 10. Bo umówmy się, fajnie dostać nosidło, kocyk, sukieneczkę, czy inne gadżety dla bobasa. Ale złota obrączka to jednak prezent innego kalibru. O ile nie jesteście pierdołami, to taka obrączka zostanie z Wami już na zawsze, gdy bambusowe kocyki dawno przeminą 😊

A oto moje zwycięskie zdjęcie.

LUTY.

Przygotowywałam się do wymarzonej sesji zdjęciowej u Justyny. Naoglądałam się na Pinterest zdjęć ciężarnych gwiazd i też chciałam poczuć się jak gwiazda. Efekt był taki, że gdy Justyna zeszła po mnie do garażu podziemnego, to chyba przez ułamek sekundy zaniemówiła.

Miałam ze sobą połowę garderoby. Efekt wyszedł, no… nieskromnie powiem OSZAŁAMIAJĄCY.

No patrzcie sami na te fotografie!

Później były 2 urodziny Julka. W kameralnym gronie, świętowaliśmy w domowym zaciszu. Ten dzień wspominam bardzo przyjemnie. Upiekłam tort biszkoptowy i namalowałam akwarelowe toppery.

Byliśmy my i dwie ukochane babcie Julka. Totalnie miły wieczór.

Co więcej? Odbyliśmy kilka podróży do Radomia i Łodzi.

Moja przyjaciółka obchodziła hucznie swoje 30 urodziny, więc jakimś cudem udało nam się spotkać prawie wszystkich najważniejszych dla nas ludzi, tuż przed SAMI WIECIE CZYM. Chciałam poczuć się kobieco, więc ku zdziwieniu mojego męża, wyskoczyłam z dresów i wcisnęłam się w cekinową kieckę i mega wysokie szpilki. Jak za starych, dobrych lat! Tyle, że z pokaźnym brzuszkiem.

MARZEC i świat staje na głowie.

Jeden baby shower to za mało. Postanowiłam zorganizować kolejny. Julian odbył swoją pierwszą samotną podróż pociągiem do Łodzi (z babcią znaczy się), a ja zwołałam sabat czarownic. No i oczywiście sama przygotowałam wszystkie dekoracje.

Byłam tak na maksa naładowana pozytywną energią! Dziewczyny przyjechały do mnie z różnych zakątków Polski: z Poznania, Sokołowa, Radomia, Warszawy i innych miejsc, które nawet nie wiecie gdzie leżą na mapie. To był dla mnie wyjątkowy wieczór.

Poczułam siłę kobiet. Poczułam energię, która towarzyszyła mi przez bardzo długi czas. Zobaczyłam na własne oczy, że mam wokół siebie naprawdę fajne, wartościowe dziewczyny. To znaczy ja to wiem na co dzień, ale wtedy zebrałam je wszystkie wokół siebie i poczułam tą moc!

Marzec to także tony zjedzonych naleśników, nauka robienia na nocnik (matko kochana, to był najtrudniejszy jak do tej pory etap mojego rodzicielstwa), wizyty w stadninie koni, jazda na rowerze i pierwsze wiosenne obiady jedzone w ogródku.

No i 20 marca. Pamiętny dzień. Początek lockdownu.

Wyobraźcie sobie mnie, w 9 miesiącu ciąży. Ociężała, ledwo wstająca z łóżka dziewczyna, walcząca o każdą dodatkową godzinę energii. Nagle dowiaduję się, że żłobki będą zamknięte (tak jak reszta świata), porody rodzinne są odwołane i nie możemy poruszać się poza domem. To był kurwa dramat. Zrobiłam sobie selfie, na pamiątkę…

Na szczęście okazało się także, że mój mąż zostaje razem z nami w domu, bo produkcje TV również zostają zatrzymane. Później okazało się, że to prawdopodobnie najbardziej jakościowy, bliskościowy czas w naszym dotychczasowym życiu.

KWIECIEŃ to miesiąc pod znakiem zmiany.

Na wyprawy do sklepu był wydelegowany Łukasz. Pamiętam, jak za każdym razem sprawdzałam, czy ma ze sobą gumowe rękawiczki, płyn do dezynfekcji i maseczkę. To była paranoja, naprawdę. Stał w kolejce po dwie godziny, żeby dostać się do sklepu. Mężu, nie mówiłam Ci tego, ale byłeś wtedy naszym bohaterem! <3

W radiu nie mówiło się o niczym innym jak o COVID-19. Chyba nigdy tak mocno nie doceniłam tych 100 m2 przydomowego ogródka. Drożdże i makaron stały się nagle towarem deficytowym. Cała Polska piekła chleby i ciasta drożdżowe. My też, a co!

Nie chciałam zwariować. Z sąsiadkami przegadałyśmy temat i trochę mimo wszystko zlęknione, postanowiłyśmy zadbać o zdrowie psychiczne swoje i dzieci, i spotykać się właśnie w naszych przydomowych ogródkach.

Nie przyznawałam się do tych spotkań nigdzie, w obawie przed gorzką krytyką. Byłam przed porodem. Wiele osób uznałoby to za totalnie odpowiedzialne. Miałam odmienne zdanie. Jak patrzę na to z perspektywy, to była najlepsza możliwa decyzja. Nie zamykać się w domu, gdy zamknięto nam świat i odcięto nas od normalnego życia.

Gabryś nie pchał się na świat wcale a wcale.

14 kwietnia przyjęli mnie więc do szpitala UCZKiN, bo umówiliśmy się na wywoływanie porodu. Pamiętam ten poranek. Przez okno wpadało ciepłe, ostre słońce. Spaliśmy z Łukaszem w salonie. Ja już w nocy czułam, że jestem pełna emocji, spać nie mogłam. Chyba najmocniejszą z nich stanowiła niepewność.

Miałam już za sobą jeden poród. Ale wtedy był ze mną Łukasz, no i skurcze przyszły same. Zupełnie nie wiedziałam co mnie czeka.

Pamiętam też moje pożegnanie z  Julkiem i taką myśl, że jak spotkamy się po moim powrocie do domu, to już nic nie będzie takie jak dawniej… Byłam naprawdę pełna niepokoju. Choć tego nie pokazywałam.

Łukasz zawiózł mnie pod drzwi szpitala, wstawił mi do środka walizkę i pomachał na do widzenia. Och mężu, spotkamy się już po innej stronie mocy. Nie mogliśmy nawet dać sobie buziaka na pożegnanie, bo po pierwsze nie można było wchodzić na teren szpitala, a po drugie niedopuszczalne było, by zdejmować maseczkę. Zostałam więc sama.

Chwilę później drzwi izby przyjęć otworzyły się i weszła jakaś dziewczyna z mężem. Pan ochroniarz poprosił jej męża o opuszczenie budynku. Zaczęła się histeria. Dziewczyna była totalnie przerażona, roztrzęsiona. Ściskali się mocno, a po jej policzkach płynęły łzy. Gość zmierzył ochroniarza piorunującym wzrokiem. Tak cholernie ją w tamtej chwili rozumiałam, i tak mocno byłam na nią wściekła jednocześnie. Trzymałam się naprawdę dzielnie przez te ostatnie tygodnie, te ostatnie dni. Nawet pożegnanie z Łukaszem nie poruszyło mnie jakoś mocno. Ale te ich łzy i złość na świat, że w tak ważnym momencie jak narodziny dziecka nie mogą być razem…

To mnie poruszyło dogłębnie. Popłakałam się i ja. Chwilkę później wezwali mnie już na badania. Pozbierałam się więc szybciutko i uciekłam do gabinetu. Nie miałam w sobie mocy, by ją pocieszyć. Sama ledwo się trzymałam. Dziś nieco żałuję.

Gabi przyszedł na świat dzień później. Na salę porodową weszłam w lekkim makijażu. Położne trochę się ze mnie podśmiewały, ale przestały jak im powiedziałam, że chcę się poczuć dziś jak Beyonce. I że miałam mieć przy sobie moją ukochaną panią fotograf, no ale los nam spłatał figla. Położna zadeklarowała więc, że ona mi sama zrobi zdjęcie, jak już przyjdzie moment i poprosiła żebym jej tylko nauczyła obsługi mojego aparatu. O takie położne walczyłam!

Oksytocynka, 8 skurczy (ale takich konkret!), znieczulenie. Nie boli, no to robię telekonferencję na messengerze z moimi przyjaciółkami: „hejka dziewczyny, właśnie rodzę ale mam przerwę, co u Was?” 😊

To było wspaniałe. Godzinę później trzymam już Gabryśka w swoich ramionach i krzyczę do położnych: „Matko, ale to było zajebiste!! Jesteście genialne! To najpiękniejszy poród świata, dziękuję, kocham Was, jesteście wspaniałe!!!”. A to nasze pierwsze zdjęcie, które rozesłaliśmy do przyjaciół. No przecież udało się jak Bijąs!

Położne śmiały się ze mnie jeszcze długo po porodzie. Gdy po wszystkim poszłam wziąć prysznic, spotkałam na korytarzu traktu porodowego położną, której wcześniej nie widziałam. Dostałam lekki ochrzan, że się tam kręcę i poprosiła żebym wracała na swoją salę. Wyjaśniłam jej, że ja właśnie urodziłam i muszę się umyć. Popatrzyła na mnie mocno zdziwiona. Jak nic nie wierzyła. Zajrzała w dokumenty leżące na biurku i zapytała o moje nazwisko. Po chwili popatrzyła na mnie z niedowierzaniem. Minutę później słyszałam jak śmieją się razem z innymi położnymi, że one się bardziej przy tym porodzie spociły niż ja. Kabaret!

Po narodzinach Julka byłam psychicznie przygotowana na armagedon. Jakże przyjemnie się zaskoczyłam tym drugim razem.

Powrót do domu z bobasem to były kosmiczne emocje. Łukasz totalnie nie mógł się odnaleźć w nowym systemie. Miałam wrażenie, że w ogóle nie kuma, że oto ma drugie dziecko. Chodził jak potłuczony i sprzeczaliśmy się non stop. Hitem był nasz dialog jakoś po powrocie ze szpitala:

– Łukasz przewiń Gabrysia bo chyba ma mokro.

– Ale ja nie umiem…

Te słowa uświadomiły mi, że w sumie to o ile ja się miałam czas przygotować emocjonalnie na pojawienie się nowego człowieka pod dachem, o tyle zapomniałam na to przygotować męża. On sam po prostu nie przepracował sobie tego w głowie.

Najpierw się zdenerwowałam, później popłakałam, później stwierdziłam że na cóż było nam to drugie dziecko… zniszczyliśmy sobie życie a było już taaaak dobrze i stabilnie. Wiecie, baby blues się to nazywa. Obraziłam się na cały świat. Nie chciałam nawet rozmawiać z moją mamą, musiałam pobyć sama.

Wstałam następnego dnia z nową energią i nastawieniem do życia. Przegadaliśmy sobie kilka rzeczy i nagle Łukasz wskoczył na obroty. Tak, taki rodzinny coaching zawsze robi nam dobrze na mózgi. Później było już tylko lepiej. Ale wiecie, po porodzie to nie jest tylko cud, miód i orzeszki. Poza samym fizycznym połogiem jest jeszcze masa trudnych emocji do przepracowania. Z obu stron, nie tylko u kobiety.

Julian zagregował na Gabrysia w sposób, jakiego nie mogłam sobie wymarzyć.

Przygotowałam się na różne emocje mojego starszego syna, starając się znaleźć w głowie przynajmniej jedno rozwiązanie, na każdy potencjalnie zły scenariusz. Okazało się jednak, że Julek jest absolutnie zakochany w bracie i nie było się czego bać. I tak jest po dziś dzień. Ma czasem szalone pomysły, ale nigdy ze złą intencją.

Druga połowa kwietnia to już spacery po okolicy, piękna, słoneczna pogoda. Mój połóg i brak sił fizycznych. Mimo że bardzo bym chciała, nie daję rady i już po 1 km spaceru czuję się zmęczona.

Dobrze, że była z nami moja mama. Dbała o to, żebyśmy mieli co jeść i nie musieli się martwić w zasadzie o nic… To było wtedy tak bardzo ważne. Po pierwszym porodzie chcieliśmy być absolutnie sami. Tym razem czułam, że potrzebujemy pomocy i już wcześniej umówiliśmy się, że mama wpadnie na kilka dni i zadba o nasz spokój ducha, ogarniając tak prozaiczne czynności, jak gotowanie czy sprzątanie.

Dwa lata, a tyle zmian w mojej głowie. Umiem już prosić o pomoc kiedy jej potrzebuję. Nie muszę nic nikomu udowadniać na siłę. Jak jestem słaba, to leżę i proszę by ktoś zajął się dziećmi. Jak dobrze to robi na głowę…

CDN.

Tagi
O autorze
Bezkonkurencyjna mistrzyni robienia wszystkiego na ostatnią chwilę, gaszenia pożarów, które przez to wybuchają. Niepoprawna optymistka (mąż nazywa to naiwnością, ale ja wiem swoje). Siłą napędową są dla mnie ludzie, którymi się otaczam. Jak mawia moja mama, od zawsze próbuję bywać jednym tyłkiem na dwóch weselach - no nie umiem usiedzieć w miejscu, ciągle mnie gdzieś nosi. Wychowuję dwóch małych chłopców i co rano moim głównym zadaniem jest to, by przetrwać do wieczora. Ach, no i angażuję w to również mojego męża, który często rozkłada mnie na łopatki swoim poczuciem humoru i niespożytą energią.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *